sobota, 2 listopada 2013

Przemijamy .....i zapominamy

Dzisiaj nie będzie o ogrodach o kwiatach ..będzie coś o życiu...coś o zatrzymaniu się w naszym życiu. Zatrzymaniu w sensie  - przystanięcia, zastanowienia się, przewartościowania swojego życia czy da się....
Listopad jest jedynym miesiące w roku kiedy mam okazję spotkać moją najbliższą rodzinę....innych możliwości oprócz wesel (takich już nie ma w rodzinie), pogrzebów (takich niestety więcej) nie ma..
Z roku na rok odchodzą kolejni wujkowie, ciocie...seniorzy rodu...czas ucieka.
Lubię listopad dlatego, że jadąc w rodzinne strony wspomnienia wracają do beztroskiego dzieciństwa na wsi u mojej cioci - do wesołości, radości ..do tego dziecięcgo marzenia o tym i o tamtym.
Do zderzenia mojego ja z bloku do ja ze wsi.
W końcu do tego, że te beztroskie dzieciństwo na wsi...wakacje i ferie nauczyły mnie miłości do kwiatów, ogrodu ...wtedy zostało rzucone ziarno, które trzeba było podlać aby coś z niego zakiełkowało. To ziarno długo nosiłam w sercu rozumiałam je pod postacią włanego domu z ogrodem,,,podobno jak człowiek marzy o domu z ogrodem to ma potrzebę miłości i czułośći rodzicielskiej, której nie zaznał w dzieciństwie....pewnie tak jest.
Kiedy była działka...dopiero potem był ogród...wtedy kiedy wszystko było nie tak...pojawiła się miłość do ogrodu i kwiatów...

Ale nie o tym...miało być o przemijaniu i zapomninaniu. Czemu o zapominaniu...odwiedzając tegoroczne groby bliskich stwierdziłam , że w rodzinie z biegiem czasu wszyscy gdzieś tam się oddalili, mają swoje sprawy, swoje problemy - okazje przy grodbie i wyżej wymienione przeze mnie uroczystości są okazją do rozmów , krótkich....o problemach, o kredytach o dzieciach itp itd.
Jako dziecko, a potem nastolatka czułam, że rodzina żyję i funkcjonuje, był kontakt, zapraszanie siebie było to coś..Kuzynostwo poszło w swoją stronę..jedni wyjechali za chlebem na Zielone Wyspy, inni zrobili karierę i nabrali wody w usta, jeszcze inni żyją aby przetrwać...o wspólnym spotakniu każdy wymyśla niestworzone powody, sytuacje niemożności spotkań rodzinnych. Powody są prozaiczne - dużo pracy, zepsuty samochód, problemy, odpoczynek a gdzie ta rodzina co byłą kiedyś...Mało jest takich ludzi, co nie zmieniają się  - jedni zmieniają się na lepsze inni na gorsze jeszcze inni pozostają niezmienni *(chociaż podobno ludzki charakter zmienia się cyklicznie co 7 lat). Jednak nikt  - mało kto nie chce dążyć do takiego spojenia jakie miało wydźwięk kilkanaście lat temu.
Dzięki takim dniom i nie tylko - doceniam to co mnie spotkało te negatywne jak i pozytywne sytuacje życiowe, to co wywarło piętno na moje niektóre zachowania. Ponownie wraca do mnie myśl, że to człowiek ma ster - nie sytuacja, okoliczności - to człowiek ma ster - decyzje , mowe , myśli i to on podejmuje decyzję w jaki sposób utrzymywać kontakty bądź nie.
Po części z pewnymi osobami z rodziny sama przyczyniłam się do zaniedbania - też zasłaniałam się moją "tragedią życiową" jak na tamte czasy. .... Dzisiaj wiem, że gdyby mi zostało kilka miesięcy życia żałowałabym m.in , że nie zrobiłam wiele aby zespolić kontakty, które sama urwałam. Do pozostałych wyciągnęłam rękę, próbowałam - zmuszać nikogo nie można.

Wizyta na cmentarzu uzmysłowiła mi również kruchość życia i spuściznę , którą po sobie pozostawiamy - nie w postaci grobu ale w postaci swojej postaci w ludzkich sercach najbliższych.
Nie warto marnować żadnej chwili i wypełniać swoją misję życiową zgodnie z sumieniem i tym co nam sprawia największe szczeście, spełnienie i zadowolenie. W tym jest sens być może dla każdego z innymi zmiennymi ale sens, którego warto się trzymać i nie zaniedbywać tłumacząc się małoistotnymi wymówkami.

Życzę Wam wszystkim radości w sercu i spełnienia , zadowolenia  cieszcie się każdym dniem tym pozytywnym jak i negatywnym (no też nasz czegoś uczy - dojdziemy do tego jak nam opadną emocje).

Ciepło pozdrawiam ...może troszkę nostalgicznie ....

6 komentarzy:

  1. To prawda, że po spotkaniach z Rodziną przy grobach, nachodzą takie myśli. Ja utrzymuję kontakty z tą częścią Rodziny, która też do tego dąży. Ne zawsze jest to często, bo odległość duża, ale jest. Nie znaczy to, że nie mogłoby być lepiej :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz wiele racji, ja tez chciałabym rodzinnego spotkania, ale życie samo dyktuje scenariusze i nie zawsze możemy zrobić to co chcielibyśmy. Ja dla moich wnuków zrobiłam księgi genealogiczne, spisałam to co wiedziałam o każdej rodzinie, zdjęcia poskanowałam i załączyłam. Wydrukowałam kilka takich ksiąg i powysyłałam do rodziny. Nie uwierzysz jaki był pozytywny odzew:) Była to najlepsza lektura:)) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawy i inspirujący pomysł, nie spotykany...w dodatku dający więcej niż niejeden prezent materialny :) Ciepło pozdrawiam.

      Usuń
  3. Niestety masz sporo racji. Faktycznbie ludzie zmieniają się i nie zawsze na lepsze ale takie już życie i nic nie poradzimy na to, choćbyśmy chcieli.... Oczywiście fajne są spotkania z rodziną ale trzeba jakoś zyć swoim życiem :) Część mojej rodziny mieszka blisko mnie, niektórzy po sąsiedzku więc bardzo się z tego cieszę :) Ale niestety rodzina ze strony taty mieszka około 300km ode mnie :(

    Obserwuję i zapraszam również do mnie, będzie mi miło jeśli zostaniesz na dłużej :)
    http://czarnamyszka1994.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko - dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz - zapisuje sobie bloga :) Ciepło pozdrawiam.

      Usuń

Dziękuję za komentarz :) Agnieszka